W profesjonalnym lotnictwie pilot nie wybiera sobie dni, pogody czy też trasy do latania. Gdy jest potrzebny – leci.
W linii lotniczej, szczególnie latając na dalekim zasięgu odwiedzamy najdalsze zakątki świata. Budzi to często zazdrość innych kolegów pilotów, którzy latają mniejszymi samolotami lub też zwykłych „śmiertelników” którzy zazdroszczą nam zwiedzania świata!
Tak, jest czego zazdrościć. Świat jest piękny. W jednym tygodniu mogę być na dalekim wschodzie i spacerować po uliczkach Tokio, czy też Seulu, by w następnym odwiedzić Kalifornię, a potem, kilka dni później wylądować w Wietnamie czy też Bangkoku. Glob zmniejszył się do rozmiarów globusa. A my, jak ta mucha, latamy dookoła. Dodatkowo latamy, pilotując wspaniały samolot, jakim jest Dreamliner. I to pomimo problemów z silnikami, jest to wielka satysfakcja i przyjemność. To są blaski tej pracy. Do tego zawód pilota komunikacyjnego jest w grupie tych profesji, które dość powszechnie budzą uznanie i szacunek. Bardzo miło odbierać tego typu sygnały, w reakcji na widok munduru lotniczego.
Ale są też i cienie… Życie na walizkach. Co kilka dni opuszczamy dom na kilka dni, przenosząc się w najdalsze zakątki świata, zostawiają za sobą domowe sprawy, często na głowie żony, męża, partnera, który musi samotnie zarządzać domem. Jesteśmy fanami telefonów, tabletów, komputerów, aplikacji i komunikatorów, pozwalających „pobyć” trochę z bliskimi, oddalonymi o tysiące kilometrów. Sam tak spędziłem ostatnią wigilię i sylwester… Po lądowaniu zmieniamy strefy czasowe, próbując oszukać organizm przekonując go, że trzecia nad ranem to dobra pora na obiad, czy też kolację, a pora do spania to nie ta, gdy za oknem ciemno, a ta gdy w południe dopadnie nas sen… Metabolizm szaleje, apele lekarzy o to, aby się regularnie odżywiać i spać biorą w łeb.
Do tego środowisko pracy. Latamy wysoko, poza atmosferą, pozbawieni jej ochrony, w nocy widzimy piękne gwiazdy, których tak dokładnie nie obejrzycie na ziemi, oglądamy zorze polarne i chmury srebrzyste, a w dzień zasłaniamy się przed palącymi promieniami słońca. W zamian za te widowisko dostajemy dość dużą dawkę szerokiego spektrum promieniowania, które nie jest obojętne dla naszego zdrowia. Powietrze jest bardziej suche niż w domku, a ciśnienie powietrza w kabinie odpowiada 2 tysiącom metrów wysokości.
W egzotycznych miejscach mamy również okazję spotkać egzotyczne zagrożenia dla zdrowia. Musimy bardzo uważać na to co jemy, pijemy, dbać o higienę, zabezpieczać się przed egzotycznie nazywanymi chorobami. Nasze żółte książeczki szczepień wypełnione są wieloma wpisami, dającymi nam poczucie względnego bezpieczeństwa.
Piszę to wracając z Pekinu, lecę jako pasażer. Wczoraj wystartowałem z Warszawy jako dowódca ostatniego rejsu przed zawieszeniem połączeń z Chinami, w związku z epidemią wirusa. Rejs ten przypadł mi w udziale z poza planu. Poleciałem z dyżuru, tak jak większość mojej załogi. Polecieliśmy po dwie nasze załogi oraz ostatnich pasażerów. Nie mieliśmy możliwości po locie udać się na spoczynek do hotelu, ale w związku z wyjątkowością sytuacji, tym samym samolotem, którym wylądowaliśmy w stolicy Chin, po dwóch godzinach lecimy jako pasażerowie do Warszawy.
Lotnisko w Pekinie oddano do użytku bardzo niedawno. Dziś wyglądało jak lotnisko widmo. Nasz samolot był jednym z nielicznych na tym ogromnym lotnisku. Przemierzając ogromny i piękny port, miałem wrażenie że gdzieś już widziałem podobny obrazek. Było to w 2015 roku gdy, jako oficjalna delegacja mojej firmy, odwiedziliśmy lotnisko w Radomiu. Pamiętam obsługę lotniska, stanowisk odpraw, działające monitory, tylko nie było ani jednego pasażera. Tutaj widok był podobny. Olbrzymie przestrzenie, mnóstwo sklepów, stanowisk odpraw… Pusto, tylko nasza załoga przemierzała korytarze, aby po odprawie paszportowej i celnej wrócić do samolotu i wraz z ostatnimi pasażerami odlecieć do Polski.
To wszystko co napisałem, jest jedynie ilustracją mojego codziennego życia zawodowego. Jestem pilotem liniowym, kapitanem, instruktorem. Powoli zbliżam się do emerytury i pomimo tych wszystkich okoliczności i trudności muszę powiedzieć, że cieszę się, że udało mi się spełnić dziecinne marzenie małego Wiesia i zostać zawodowym pilotem. Podoba mi się moja praca, jestem z niej dumny, a że czasem zmęczony, zły, stęskniony czy też troszkę wystraszony… No cóż. Takie jest życie zawodowego pilota.
Piszę te słowa w zaciemnionym samolocie, słuchając nastrojowej muzyki, wśród śpiących kolegów i pasażerów. Mam na twarzy maskę ochronną, chroniącą mnie przed wirusami, bo trzeba zwiększać marginesy bezpieczeństwa wszędzie tam, gdzie można, ale pod tą maską uśmiecham się. Mam w planach kilka dni wolnego, więc gdy pogoda pozwoli, to po długim locie do Pekinu i z powrotem polatam sobie swoim małym samolotem – Minifoxem, który czeka na mnie w przyczepie, gotowy do lotu, na gościnnym lądowisku w Bobrownikach. Odzywa się syndrom listonosza, który po całodziennej pracy, ma ochotę na spacer…

















